Pamiętnik z Rajasthanu część 3

Dojrzałam do decyzji, a raczej decyzja dojrzała we mnie. Jak owoc mango. Szybko. Nad czym się dalej zastanawiać? Po cholerę my się tak w życiu ograniczamy? Taaa, mądra i odważna byłam tylko przez chwilę.

Wzięliśmy dużą kartkę, szablon, pisaki, kredki, wszystko co było w domu.

- Kosiu malujemy mapę marzeń

- Nie chce mi się, teraz? Teraz to ja chcę pograć na komputerze.

- Kosiu, pomóż mi proszę, będzie fajnie kiedy wszyscy się do tego przyłożymy.

- Jezu Mamo…

Reakcja typowa dla dojrzewającej nastolatki.

Idę zrobić sobie herbatę.

Herbata z pomarańczą. Relaksują mnie cytrusowe smaki i zapachy. A kiedy leżę w wannie swój wzrok kieruję na kremową szufladkę. Taki tytuł miała nosić moja pierwsza książka, lecz na razie wylądowała w szufladzie ,nie kremowej.

No, wkrótce i my będziemy lądować, ale najpierw zakończmy mapę marzeń, bo robi się chaotycznie.

Najbardziej lubię brokatowe pisaki. Błyszczą się pięknie w słońcu. Najpiękniejszy i najulubieńszy fuksja i turkus. Moment, fuksja i turkus? Toż to kolory Indii. Mnóstwo indyjskich znaków i symboli wypływa z mojej podświadomości. Zaczynam je zauważać i interpretować. Wszystko składa się jak puzzle.

Ok, jest, duża, kolorowa, gotowa do powieszenia. Nasza mapa marzeń. Robiliście kiedyś? Ona jest jak zawarcie kontraktu z losem, jest pewnego rodzaju zamówieniem składanym światu, a tym samym naszej podświadomości. Tak, wielu osobom może wydać się naiwną, infantylną zabawą. Jednak podczas tworzenia takiej mapy dzieje się coś niezwykłego i magicznego. Skupiacie swoją energię na marzeniach, które snują się po Waszej głowie od lat. Technika wykonania mapy dowolna. Kolaż z obrazków z gazet, wycinanka, wyklejanka. Dobra zabawa. Wykorzystujecie wszystko co przyjdzie Wam do głowy. Jeśli od dawna marzycie o nowym domu, poszukajcie w gazetach obrazka domu, który spełnia Wasze oczekiwania, a najlepiej takiego, który powoduje, że w momencie gdy na niego patrzycie podskakuje Wam serce. Ja określam u siebie to uczucie jako „podskakujący ludzik” i to dla mnie znak, że to dobry kierunek w życiu. Jeśli wewnętrzny ludzik podskakuje na wieść o wydarzeniu, nowej pracy, spódnicy, którą widzę na wieszaku w sklepie wtedy wiem: Tak, to jest TO, zrób to, idź za głosem. Kiedy mój ludzik siedzi lekko spłoszony, wystraszony lub nic się z nim nie dzieje,  a ja po prostu nie odczuwam jego obecności wówczas świat daje mi znać „Nie tędy droga Karolino". Taką metodę wypracowałam sobie od lat i działa. Wierzcie lub nie.

Na słowo „Indie” ludzik podskoczył tylko raz, bo ktoś mocno chwycił go za ramiona i przytwierdził do ziemi. Kto? Moje lęki, obawy. A największy to strach przed opuszczeniem mojej strefy komfortu. No tak, komfort powinien u większości z nas wywoływać zwykle pozytywne konotacje: hamak, śpiew ptaków, szum morza, ukochany masuje mi plecy…” BOOM! CHLAST! Ta wizja pękła jak duża bańka mydlana. Czym więc dla mnie jest komfort? Nie mam pojęcia… Czy komfort to stabilizacja, ciepła posadka, samochód, dom? Czy komfort to może zasobne konto w banku, wakacje All Inclusive, buty ze skóry za 3 stówki?

Już wiem, komfort to rodzina, praca, poranna kawa i zero stresu. Komfort to spokój we mnie.

Dla każdego z nas to słowo przecież oznacza zupełnie co innego i tylko wydaje nam się, że jest tak sielankowo-komfortowo. To pozory. Pozorna strefa komfortu, bezpieczna przystań, z której jak najszybciej powinniśmy się wydostać, wypłynąć. W takiej strefie czujemy się tak „bezpiecznie”, że powoli zaczynamy tracić umiejętność racjonalnej oceny sytuacji. Jest nam w niej tak sielsko-czarodziejsko, że z czasem mamy trudności w wyznaczaniu celów, planowaniu i kreowaniu swojej przyszłości. Zamknięci w bezpiecznym boksie jak koń, któremu wydaje się, że jest w pełni szczęśliwy do momentu kiedy nie znajdzie się na zielonej łące, którą w galopie przemierza z rozwianą grzywą. Tak to właśnie wygląda. Nie inaczej. Nie oszukujmy się, jutro, kolejny dzień i następny to trochę jak Dzień Świstaka. Pamiętacie ten film? Pewny siebie, zgorzkniały, zramolały (czyt. zdziadziały, zgrzybiały, stretryczały) Phill Connors, w rolę którego wcielił się Bill Murray, wyjeżdża do miasteczka Punxsutawney, z którego ma relacjonować przebieg Dnia Świstaka, czyli święta zapowiadającego nadejście wiosny. Niestety pod koniec dnia sam dochodzi do wniosku, że był to jeden z najbardziej koszmarnych dni jego życia. Bez kitu, Tak było. Kiedy Bill budzi się rano odkrywa, że na nowo przeżywa ten sam dzień. Czy potraficie wyobrazić sobie taką sytuację, w której każdego dnia budzicie się o tej samej porze i wszystko jest takie samo? Utwór w radio też. W drodze do pracy spotykacie dokładnie te same osoby, zajmujecie to samo miejsce parkingowe przy sklepie, który mijacie każdego dnia o tej samej godzinie. W tymże sklepie kupujecie setną drożdżówkę z dżemem i lecicie dalej. Mijacie te same drzewa, budynki, ten sam ptak wali Wam kupę na maskę świeżo umytego samochodu. Macie dość. Chcecie, aby ten dzień jak najszybciej się skończył. Ale nie da rady! Show must go on! Przedstawienie musi trwać! Co z tym zrobić? Żyć w pozornej strefie komfortu albo wyrwać się z niej jak koń w plener. Tym plenerem dla nas wszystkich powinno być całe nasze życie. Nic prostszego, wystarczy tylko zerwać łańcuchy!

 

Pamiętnik z Rajasthanu 1

Pamiętnik z Rajasthanu 2